Historia frankowiczów, czyli jak po 10 latach spłacania mieć ma głowie jeszcze większy kredyt

27.04.2020 13:16|Cinkciarz.pl

Czwartek, 15 stycznia 2015 r. i jedna decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego na wiele lat zmieniły życie tysięcy polskich rodzin, które zadłużyły się w bankach, aby kupić mieszkanie czy też wybudować dom. Sprawa ciągnie się do dziś.

Banknot CHF, symbol domu

Pozornie mogłoby się wydawać, że trudno o bezpośredni związek pomiędzy decyzją banku w Szwajcarii a losem polskich kredytobiorców. Zależność jednak istnieje. Jej geneza zaczyna się od tego, że przed 2015 rokiem działające w Polsce banki dość skwapliwie udzielały kredytów hipotecznych właśnie w szwajcarskiej walucie.

Korzystny kurs franka w relacji do złotego oraz dostępność frankowych kredytów na wielu ludzi marzących o zmianie swojego statusu mieszkaniowego działały niczym magnes. Wtedy wydawało się im, że przystępna kwota raty pozostanie z nimi na wiele lat. Stało się jednak inaczej.

Frankowicz, jakich wielu

– Po kilku latach mieszkania w domu pod jednym dachem z rodzicami mojej żony zdecydowałem, że czas zacisnąć zęby oraz pas i wybudować własny dom – opowiada 45-letni informatyk z Zielonej Góry.

Na początku sądził, że najtrudniejsze, co go czeka, to przebrnięcie przez etap podejmowania decyzji. – Na jednej szali stawiasz komfort finansowy, na drugiej komfort psychiczny i spełnienie męskich ambicji. Wspólne mieszkanie z teściami kosztowało grosze. Żadnych kredytów na głowie, a pieniędzy wystarczało na spokojne życie, dobre wakacje i w miarę nowy samochód. Nie mogłem jednak poczuć się w pełni swobodnie. Dobijałem do czterdziestki, lecz niczym nastolatek musiałem czekać, aż rodzice żony wyjadą, aby np. zaprosić kolegów na mecz i grilla. Nie do mnie należały decyzje o remontach, zagospodarowaniu ogrodu, a auto trzymałem pod płotem. Nie wypadało przecież zwracać się do teścia, żeby odstąpił mi garaż, bo mam nowszy i droższy samochód. Po prostu nie byłem tam u siebie – opowiada mężczyzna.

Postanowienie, by wybudować dom, wiązało się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego. Żeby zrealizować plan na 90-metrową parterówkę na peryferiach, 45-latek wraz z żoną poświęcili wszystkie zgromadzone oszczędności. Zapożyczyli się również w banku na kwotę około 250 tys. zł. Przez 30 lat, czyli 360 miesięcy, zobowiązali się spłacać po około 800-900 zł. Około – ponieważ rata nie została wyrażona w złotych. Wydawało się wtedy, że to niezbyt wygórowana cena za również i niewyszukany projekt z trzema sypialniami, salonem, kuchnią i łazienką, ale jednak własnym dachem nad głową.

80 na 100 pożyczało w szwajcarskiej walucie

Racjonalnie brzmiały argumenty przedstawiciela banku, że najlepiej zdecydować się na kredyt we frankach szwajcarskich. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. 20 lat temu Polacy zaciągali kredyty hipoteczne przede wszystkim frankowe. Okazywało się, że w szwajcarskiej walucie osiągalni najwyższą zdolność kredytową. Dla znacznej części z nich nie było to nawet efektem wyboru czy też chłodnej kalkulacji. Werdykt kredytodawcy brzmiał: albo we frankach, albo wcale.

M.in. dlatego średnio na 100 zawieranych umów 80 klientów wybierało franki. Wszyscy słyszeli od doradców bankowych, że to najbardziej stabilna waluta. W te zapewnienia uwierzyło w sumie ponad pół miliona kredytobiorców.

Najpierw powoli w górę, ale później…

Co się stało później? Kurs „najbardziej stabilnej waluty” wyskoczył niewyobrażalnie wysoko. – Kiedy podpisywałem umowę, frank kosztował ok. 2,2-2,3 zł. Nie spanikowałem z powodu podwyżki do 3 zł. Analitycy finansowi sugerowali, że to chwilowe wahnięcie i sytuacja wróci do normy, którą miał być poziom 2,5 zł. Jednak sprawy potoczyły się inaczej. Przy złamanej granicy 4 zł za franka żarty się skończyły, a moja rata i zadłużenie drastycznie wzrosły. W styczniu 2015 r. byłem wściekły – przyznaje kredytobiorca. – Szwajcarska waluta przekroczyła kolejny próg, tym razem 5 zł. Nie mogłem uwierzyć, że sam siebie wpakowałem w takie kłopoty.

Co się stało w styczniu 2015 roku? Dzień ten przeszedł do historii jako ​ „czarny czwartek”. Frank szwajcarski umocnił się wówczas nie tylko w relacji ze złotym, ale także wobec wszystkich głównych walut świata. Z dnia na dzień różnice dochodziły do kilkudziesięciu procent.

Doszło do tego, ponieważ Szwajcarski Bank Narodowy zdecydował się uwolnić swoją walutę od zależności wobec euro. Innymi słowy, bank odszedł od polityki obrony​ minimalnego kursu wymiany wspólnej europejskiej waluty na szwajcarską. Rynek zareagował na to panicznie, co zabolało m.in. kredytobiorców w Polsce.

Spadło z 5 zł, ale już zostało drogo

20 franków szwajcarskich

Na szczęście dla wszystkich spłacających frankowe raty pięciozłotowa odyseja franka trwała tylko chwilę. Drugie koło ratunkowe polegało na tym, że wraz z rosnącym kursem, obniżał się LIBOR, czyli referencyjna wysokość oprocentowania kredytów na rynku międzybankowym – dość istotny czynnik kosztu frankowego kredytu. Gdyby nie ta obniżka, to raty do spłacania zwiększyłyby się dwukrotnie.

Jednak zwyżki i tak okazały się ogromne. Ktoś, kto nastawiał się na miesięczne obciążenie w wysokości 1 tys. zł, po kilku latach stawał przed koniecznością, by co miesiąc przelewać 1,5 tys. zł. W podobnej sytuacji znalazło się blisko 700 tys. polskich rodzin lub ludzi, którzy zadłużyli się w pojedynkę. Dla części z nich oznaczało to poważne życiowe problemy, ponieważ wysokość raty nagle zaczęła gonić wysokość pensji.

Sporo się mówiło wtedy o państwowej pomocy dla frankowiczów. Zresztą zadłużeni Polacy głośno upominali się o to, protestując w Warszawie przed Belwederem i Sejmem. Rządzący krajem zapewniali ich, że problemem stale się zajmują i szukają dróg wyjścia, ale ze sceny politycznej płyną też sugestie dla klientów banków, by na własną rękę dochodzili swych racji w sądach, pozywając banki o zawyżone spready.

Od Ustawy antyspreadowej do werdyktu TSUE

W 2011 r. sytuacja zadłużonych we frankach nieco się polepszyła po wprowadzeniu ustawy antyspreadowej, która dotyczy kredytów walutowych, zaciągniętych m.in. na zakup mieszkania czy sfinalizowanie budowy domu. Ustawa zobowiązała banki, by umożliwiły klientom – bez dodatkowych opłat – spłacanie kredytów w walucie określonej w umowie.

Zanim to nastąpiło, frankowicze musieli godzić się na spready narzucane przez banki, w których się zadłużyli. A spready bywały nierealnie wysokie. Dzięki wspomnianej Ustawie klienci banków mogli skorzystać z usług np. internetowych serwisów wymiany walut, które zaoferowały im minimalne różnice pomiędzy cenami zakupu i sprzedaży waluty.

Od kilku lat z usług takiego serwisu korzysta też kredytobiorca z Zielonej Góry. – Na początku mogłem dzięki temu zaoszczędzić rocznie tyle, że jedna rata wychodziła mi niejako gratis. Wprawdzie dziś spready w bankach już spadły i aż takich różnic nie ma, mimo to wciąż korzystniej jest mi wymieniać złote na franki poprzez Cinkciarz.pl – tłumaczył.

W październiku 2019 r. doszło do kolejnego wydarzenia, które miało okazać się przełomowe i korzystne dla frankowiczów. Otóż Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zajmował się sprawą polskiego małżeństwa, które w działającym w Polsce banku zaciągnęło kredyt indeksowany we frankach. W umowie znalazła się klauzula indeksacyjna o stosowaniu kursów franka według specjalnie stworzonej tabeli. Trybunał uznał, że takie i podobne klauzule są niedozwolone, należy je usunąć, a umowy można unieważnić.

Kłopot kredytobiorców polega jednak na tym, że każdy z nich na własną rękę musiałby, korzystając z usług wyspecjalizowanych prawników, wywalczyć dla siebie korzystny wyrok w sądzie, licząc się z tym, że bank, nawet jeśli przegra w pierwszej instancji, będzie mógł się od wyroku odwołać, a umowa kredytowa na ustalonych pierwotnie warunkach pozostanie w tym okresie aktualna.

Płacę i czekam

Czy z drogi sądowej zamierza skorzystać kredytobiorca z Zielonej Góry? – Mam się kopać z koniem? Dziękuję! Pracuję, płacę. Kiedy jednak patrzę na to z boku, chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. W 2007 r. pożyczyłem 112 tys. franków. Wtedy stanowiło to równowartość 250 tys. zł. Dość dokładnie pamiętam, że po dziesięciu latach spłacania co miesiąc rat, które nie są małe w relacji do moich zarobków, kwota pożyczki wyrażona w złotych nie dość, że się nie zmniejszyła, to urosła do 330-340 tys. zł – wspominał właściciel domu zbudowanego za pożyczone w banku pieniądze.

Marnym pocieszeniem mógł być dla niego fakt, że we frankach te relacje wyglądały inaczej. Bo gdyby nagle stwierdził, że ma tego serdecznie dość i chciał sprzedać dom, to przecież musiał się trzymać cen nieruchomości na polskim rynku. Stąd taka transakcja wyszłaby dla niego oraz tysięcy frankowiczów kompletnie nieopłacalnie. – Dlatego, jak ktoś trafnie skomentował, byliśmy jak na łańcuchu przywiązani do domów i mieszkań, które kupiliśmy na raty – komentował kredytobiorca.

Koronawirus i fala wznosząca franka

Zanim świat ogarnął strach przed koronawirusem, szwajcarska waluta ustabilizowała się wokół granicy 4 zł. I raczej brakowało widoków na to, by mogła istotnie stracić na wartości.

– W styczniu 2015 r., jeszcze przed decyzją szwajcarskiego banku centralnego o uwolnieniu kursu franka do euro, kosztował on ok, 3,55 zł. To jednak poziom, który w obecnych warunkach wydaje się nieosiągalny dla złotego – mówił Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Kolejny ból głowy sprawiło frankowiczom widmo koronawirusa oraz cecha szwajcarskiej waluty, która w świecie finansowym należy do tzw. bezpiecznych przystani, zyskując na wartości, gdy inwestorzy czują się niepewnie i boją się ryzyka. 27 kwietnia 2020 r. jeden frank – wg kursów Cinkciarz.pl – kosztował ok. 4,32 zł. Dla kredytobiorców oznaczało to ratę wyższą o ok. kilkaset złotych w porównaniu do sytuacji sprzed wybuchu pandemii.


Zobacz również:

17 kwi 2020 14:01

Karta wielowalutowa, czyli kantor zawsze pod ręką

15 kwi 2020 12:25

Złoto, srebro, platyna – gratka nie tylko dla jubilera

9 kwi 2020 8:49

Ciekawostki i fakty o walutach

2 kwi 2020 8:38

Inwestycje w waluty, od czego zależą kursy, zyski i straty

26 mar 2020 9:20

Historia kantorów internetowych

23 mar 2020 12:22

Od czego zależą kursy walut?

Atrakcyjne kursy 28 walut

Rozpocznij chat