O nas

Huknęły pierwsze strzały w wojnie handlowej

, autor:

Marcin Lipka

Rozszerza się konflikt handlowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Obie strony w ostatnich godzinach licytują się zapowiedziami wprowadzenia ceł. Czy to jeszcze potyczka handlowa, czy już prawdziwa wojna? - pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

W nocy Stany Zjednoczone opublikowały 40-stronicową listę importowanych z Chin towarów, na które nałożą 25-procentową stawką celną. Zaliczają się do nich m.in. produkty przemysłu farmaceutycznego czy maszynowego (np. roboty przemysłowe). Dodatkowe opłaty celne Ameryka zamierza wprowadzić na produkty gospodarstwa domowego - zmywarki czy telewizory.

Odpowiedzi Chin na zaczepki Waszyngtonu na początku były umiarkowane. Gdy USA ogłosiły cła na chińską stal czy aluminium, Pekin długo zwlekał z wprowadzeniem działań odwetowych. Teraz było inaczej. Reakcja nadeszła dosłownie po kilku godzinach i była równa co do skali. Importowane przez Chiny amerykańskie towary o wartości 50 mld dol. zostaną objęte 25-procentowymi cłami. Zaliczają się do nich m.in. samoloty, samochody oraz soja, której to import z USA ma wartość ok. 12 mld dol. rocznie.

Jeszcze 6-7 tygodni, by uniknąć wojny

Dodatkowe graniczne opłaty nie wejdą w życie z dnia na dzień. W dokumencie Biura Przedstawiciela Handlowego USA, który wymienia listę produktów objętych cłami, możemy przeczytać, że rozmowy z zainteresowanymi stronami (chodzi przede wszystkim o przedstawicieli przedsiębiorstw) potrwają do 22 maja.

To oznacza również przynajmniej 6-7 dodatkowych tygodni na rozmowy pomiędzy chińskimi oraz amerykańskimi oficjelami. Jeżeli jednak negocjacje nie przebiegną pozytywnie, jak w przypadku obostrzeń na import stali i aluminium z Kanady czy Unii Europejskiej, wtedy można oczekiwać coraz większej nerwowości na rynkach. Odbije się ona najbardziej na akcjach przedsiębiorstw produkujących towary objęte nowymi cłami.

Kompromis albo koniec dobrej koniunktury

Cały czas wydaje się, że do szerokiej wojny handlowej nie dojdzie. Nie opłaca się to żadnej ze stron - czy to z politycznego, czy gospodarczego punktu widzenia. W listopadzie Amerykanie wybiorą jedną trzecią przedstawicieli Senatu i całą Izbę Reprezentantów. Poważniejsze spadki na giełdach wywołane działaniami Białego Domu raczej nie wpłynęłyby pozytywnie na wynik Republikanów.

Chiny, które eksportują do USA towary o wartości 500 mld dol., także nie mają interesu w eskalacji konfliktu. Rozszerzenie obostrzeń handlowych może oznaczać dla Pekinu wolniejszy wzrost gospodarczy. Stąd prawdopodobnie w nadchodzących 6-7 tygodniach uda się wypracować kompromis, z którego obie strony „wyjdą z twarzą”.

Gdyby jednak kompromis nie został osiągnięty, wtedy pierwsze dni czerwca mogą być bardzo trudne na rynkach. Sentyment zarówno wśród przedsiębiorców, jak i konsumentów może wyraźnie się popsuć, a inwestorów prawdopodobnie opanuje strach, że prawdziwa wojna handlowa spowoduje wyraźne pogorszenie perspektyw globalnego rozwoju i przybliży moment cyklicznego spowolnienia koniunktury.

 

Powrót do listy wiadomości


Zobacz również: